Kulisy pisania powieści

W tym miejscu znajdą Państwo różne ciekawostki związane z  wyjazdami na Zachodnią Ukrainę do miejsc, skąd moje korzenie i gdzie toczy się akcja "Kresowej opowieści", ze spotkań z Czytelnikami i z wydarzeniami w jakiś sposób związanymi z powieścią.

 

Spis tytułów rozdziałów

01 Tak się zaczęło
02 Pierwsze spotkanie
03 Tak jeździliśmy po Ukrainie
04 Emocje, emocje
05 Powitanie chlebem i solą
06 Romans na boku
07 Dlaczego beletrystyka?
08 Maseczki i historia
09 Douăzeci și cinci
10 Czeremosze, Czeremosze
11 Ukraińskie drogi
12 Z Wami do 1944
13 Wieczór autorski na Biskupinie
14 Czerwona ruta
15 Dlaczego pani wyjechała z Rybna?
16 Pojednanie? Może za kilkaset lat!
17 Blaszany kogucik
18 Idźcie i niech dobry Bóg was prowadzi
19 Wiedeń i Pani Ewa Paprotna
20 Euromajdan 2004, flagi UPA i Przemyśl
21 Łup Polaka, łup!
22 Bandera? Zbrodniarz, nie bohater!
23 Kierowco - pij!
24 Tylko tyle po nich zostało ...

 ..........................................................

01 Tak się zaczęło

Tematykę kresowej tragedii Polaków zacząłem zgłębiać w 2002 roku. Dość szybko przekonałem się, że geneza zbrodni ukraińskich nacjonalistów jest bardziej złożona, niż mi się początkowo wydawało. W tym samym okresie poznałem Romanę Obrocką, która, podobnie jak ja, miała kresowe korzenie. O problemie polsko-ukraińskich relacji dyskutowaliśmy bardzo intensywnie, ale i konstruktywnie. W końcu uzgodniliśmy, że spróbujemy zrobić coś, co przełamie stereotypy Polaka pana i Ukraińca zbrodniarza. Tak narodziła się idea społecznego projektu "Łączy nas wspólna historia". Na rekonesans na Pokucie, do Kut i Rybna, pojechaliśmy w 2004 roku.

10 listopada 1944 roku, podczas pacyfikacji Rybna przez dwie sotnie UPA, śmierć poniosły 23 osoby. Spalony został dom i budynki gospodarcze moich Dziadków, ocalała jedynie studnia (fot. 2004).
 
02 Pierwsze spotkanie
Na spotkanie mające odpowiedzieć na pytanie, czy projekt "Łączy nas wspólna historia" trafia na przychylny grunt Kola, nasz ukraiński przyjaciel, zaprosił dyrektorów szkół i burmistrzów z trzech miejscowości. Wysłużonymi Ładami przyjechało pięć osób i cztery półlitrówki. Kola dołożył piątą, a my szóstą.
Impreza trwała do późnej nocy. Wódka znikała głównie za sprawą naszych gości, ale pod koniec atmosfera stężała, kiedy pod jej wpływem jeden z uczestników naszej wycieczki zaczął domagać się zwrotu dwóch hektarów dębowego lasu. Sytuację udało się załagodzić, a kierowcy, z których każdy musiał mieć powyżej dwóch promili, odjechali dziurawymi drogami przez kompletnie nieoświetlone miasteczko. I co najdziwniejsze dojechali bez problemów!

Następnego dnia, drogą biegnącą wzdłuż prawego brzegu Czeremoszu (to już Bukowina), pojechaliśmy do doliny Putyły.
 
03 Tak jeździliśmy po Ukrainie
Po tym mocno zakrapianym spotkaniu i jazdą po wertepach w kompletnych ciemnościach, wszyscy nasi ukraińscy rozmówcy szczęśliwie dojechali do domu. My natomiast, już w drodze powrotnej do Polski, mieliśmy spotkanie pierwszego stopnia z ukraińską milicją (tak, na Ukrainie nadal jest milicja).
Wiedzieliśmy przed wyjazdem, że obcokrajowców ukraińscy stróże prawa skubią niemiłosiernie z byle powodu i bez powodu, ale jakoś udawało się nam uniknąć mandatów. Jednak do czasu.
To było w Stryju. Duże rondo, chyba z 50 metrów średnicy, łączące cztery, może pięć dróg. I pusto. Kompletnie żadnego pojazdu. Na rondo wjechaliśmy powoli i skierowaliśmy się na Drohobycz. Samochód milicyjny stał przy tej właśnie drodze. Lizak, zjazd na pobocze i poproszenie kierowcy o dokumenty.
- Dlaczego nie zatrzymaliście się przed wjazdem na rondo? – stanowcze pytanie milicjanta.
- Bo nie było znaku STOP - kierowca odpowiedział zgodnie z prawdą.
- Ale do wczoraj był! Samochód wpadł na niego i dlatego teraz go nie ma. Płacicie 50 dolarów!
Naciąganie w tak czystej postaci, że o bardziej wymowny przykład trudno - po prostu bezczelność. Zwyciężył jednak nasz pragmatyzm, a w konsekwencji milicjant.
Było piątkowe popołudnie, w perspektywie wolna sobota i niedziela. Było pewne, że przy odmowie przyjęcia mandatu zacznie się drobiazgowa kontrola pojazdu, w wyniku której musi się coś znaleźć. Konsekwencją może być zatrzymanie dowodu rejestracyjnego i niejasny logistyczny los kilkunastu osób umęczonych ośmiodniowym pobytem na Ukrainie.
Skończyło się na 18. dolarach, bo tylko taką sumę kierowca przezornie miał w portmonetce.
Przy kolejnych wyjazdach na Ukrainę zastosowaliśmy wybieg, który okazał się skuteczną bronią w walce z naciągaczami w milicyjnych mundurach.
Na kokpicie busa, za jego przednią szybą, umieściliśmy tablicę z takim napisem:
Polsko-ukraiński projekt ŁĄCZY NAS WSPÓLNA HISTORIA
Napis był w obu językach, tablica okazałych rozmiarów, więc z daleka wyglądaliśmy, jak rejsowy ukraiński bus. Z bliska już nie, ale żaden z mijanych i zdziwionych stróżów prawa nie ruszył za nami w pościg.
Myliliśmy też ludzi czekających na przystankach, którzy koniecznie chcieli nas zatrzymać i też dziwili się, że taki nieuprzejmy kierowca. Kilka osób jednak zabraliśmy, a wśród nich kobietę, która jechała w lasy Czarnohory zbierać jagody.
 
 04 Emocje, emocje
Pierwszy wyjazd na Ukrainę, w 2004 roku, był dla nas dużym przeżyciem. Jechaliśmy do szczególnych, pod wieloma względami, miejsc i ludzi. Przede wszystkim przytłaczała nas świadomość ogromu zbrodni UPA i niewyobrażalnego cierpienia zadanego Polakom. Cierpienia tylko za to, że byli Polakami i w myśl doktryny Dmytry Doncowa, ideologa OUN/UPA, stanowili przeszkodę w powstaniu niepodległej Ukrainy. Równocześnie znaliśmy meandry polskiej historii na Kresach, będących w większości ziemiami etnicznie ukraińskimi. Mieliśmy też świadomość, że stereotypy Polaka pana i Ukraińca zbrodniarza, funkcjonujące po obu stronach granicy przez wiele dziesięcioleci, musiały odcisnąć piętno na społecznym postrzeganiu naszych wzajemnych spraw. Krótko mówiąc, pomimo licznych prób rozpoznania interesujących nas zagadnień, jechaliśmy w nieznane.
Kiedy bus zatrzymał się przy gościńcu, naprzeciw studni z daszkiem, na którym przed wojną siedział blaszany kogucik wycięty przez Dziadka, Mama nie mogła zrobić  kroku. Piętnaście lat dzieciństwa i młodości spędzonych w tym miejscu wśród życzliwych i przyjaznych ludzi i pamiętny dzień 10 listopada 1944 roku, kiedy to dwie banderowskie sotnie spacyfikowały Rybno zabijając 23 Polaków, przywołały tak silne emocje, że nie potrafiła sobie z nimi poradzić.
Na pobliskiej łące pasła krowę starsza kobieta. Widząc naszą wycieczkę podeszła do Mamy.
- Gielenka? – zapytała. - A Ediuszka, to gdzie?
Po 60 latach nie mogła poznać Mamy, ale pamiętała, że w tym miejscu mieszkali Tomaszewscy, którzy mieli syna Edwarda i córkę Helenę.
To był nasz pierwszy kontakt z mieszkańcami Rybna.

Na zdjęciu Marija, Mama Helena i studnia Dziadków
 
05 Powitanie chlebem i solą
Na Zachodniej Ukrainie byliśmy w latach 2004, 2005, 2008 i 2011.
Chociaż pierwszy wyjazd był rekonesansowy - jechaliśmy do znanych z opowiadań miejsc, ale nieznanych mieszkających tam ludzi - to już wtedy zostaliśmy zaproszeni do szkoły w Rybnie. I proszę sobie wyobrazić nasze wzruszenie, kiedy szkolna młodzież powitała nas chlebem i solą.
Nie spodziewaliśmy się tego. Jakże daleko odbiegała ta scena od powszechnych wyobrażeń o wzajemnym traktowaniu się Polaków i Ukraińców. A później był występ artystyczny dla nas. Tak było zresztą za każdym razem, kiedy spotykaliśmy się z nauczycielami i uczniami.
http://youtu.be/Is1a8qBy6JE
 
06 Romans na boku
To jedna z ciekawostek, jakie było nam dane poznać w trakcie kontaktów z naszymi wschodnimi sąsiadami.
Generalnie, Polacy słyną z zamiłowania do wysokoprocentowych napojów, ale Ukraińcy jeszcze bardziej. Bez wódki trudno u nich wyobrazić sobie jakiekolwiek spotkanie towarzyskie, a toasty to rytuał, od którego odstępstw chyba nie ma. Jako abstynent nie czuję się kompetentną osobą do cytowania kolejności intencji, w jakich są wznoszone, ale taka kolejność istnieje. Wódki nigdy nie brakuje, więc lista intencji też jest długa.
Dość wysoko, bo na czwartej, może na piątej pozycji, jest toast rymowany w języku ukraińskim, ale jego dosłowne tłumaczenie też się rymuje:
"Za romans na boku, a w domu spokój".
Prawda, że oryginalny? No i nie wyszczególnia, czy chodzi o męża czy o żonę. Prawdziwe równouprawnienie!
 
07 Dlaczego beletrystyka?
Przy pisaniu KRESOWEJ OPOWIEŚCI musiałem się zmierzyć z problemem, jak przedstawić kresowe ludobójstwo, aby ogrom i okrucieństwo zbrodni nie zniechęciły Czytelnika do lektury. Zdecydowałem się na beletrystykę, a zrobiłem to z dwóch powodów.
 
Po pierwsze, wspomnień są tysiące, a współczesnych powieści traktujących o polsko-ukraińskich stosunkach nie ma. Jest wprawdzie bogata twórczość Stanisława Srokowskiego, ale porusza ona wyłącznie czas wojny.
"Kresowa opowieść" traktuje o polsko-ukraińskich relacjach w okresie 1930-2011, czym wypełnia beletrystyczną niszę. Mogłoby się wydawać, że skoro są tysiące wspomnień, to dramat Polaków na Kresach powinien być powszechnie znany. Tak jednak nie jest, a powód jest oczywisty - w latach 1943/44 ukraińscy nacjonaliści dopuścili się tak strasznych zbrodni, że średnio, a nawet mało, wrażliwy człowiek nie przebrnie przez ich opisy. Beletrystyka pozwala na pokazanie szerszego tła, często bardzo interesującego, częściowo neutralizującego traumę czytelnika.
 
Po drugie, wspomnienia czy nawet saga, to dokumenty, w których występują prawdziwe postaci pod prawdziwymi nazwiskami, a to mocno ogranicza formę opisu czyniąc ją mniej ciekawą. Jeśli odkurzając rodzinne dokumenty posiadłem np. wiedzę, że mój dziadek miał pozamałżeński romans, i wiem, że w rozmowach rodzinnych nigdy się o tym nie wspominało, to pisząc sagę albo ten fakt pominę, albo wywołam niezły rodzinny ferment.
W powieści, bazując na tej skrywanej rodzinnej tajemnicy, mogę pójść znacznie dalej. Nie dość, że romans mojego bohatera ujrzy światło dzienne, to jeszcze będę mógł napisać o jego pikantnych aspektach. Tania sensacja? Nie. To wyjście naprzeciw ludzkiej ciekawości, może marzeniom. Bo czytelnik utożsamia się często z poznawanymi na kartach powieści osobami. Prawdopodobnie dlatego "50 twarzy Grey'a" tak dobrze się sprzedawało.

W "Kresowej opowieści" są romantyczne miłości, jest delikatność i czułość. Nie musiałem ich wymyślać, one przewijały się we wspomnieniach, bo rozmowy z ludźmi, którzy przeżyli dramat Wołynia i Galicji Wschodniej tak prowadziłem, aby nie tylko o tej tragedii była mowa.
Ten romantyzm, miłość i delikatność, to wąska i chwiejna kładka, pod którą płynie spieniona i brudna woda zbrodni UPA. Idąc po tej kładce tę wodę się widzi i na tym mi najbardziej zależało. Czy ta trudna tematyka zainteresuje szersze grono Czytelników? - zastanawiałem się w 2013 roku.
Po 3,5 latach od ukazania się powieści na wydawniczym rynku mogę powiedzieć, że tak.
 
 
08 Maseczki i historia
Był rok 2009 i na Ukrainie wybuchła epidemia świńskiej grypy. Jednym ze środków mających chronić przed infekcją były maseczki, ale Ukraina ich nie miała.
W Polsce ruszyła akcja wysyłania tego towaru do naszych sąsiadów. Równolegle z nią na wschód ruszyli handlarze. Głośny był przypadek złapania dwóch z nich, którzy we Lwowie sprzedawali maseczki po 10 zł (u nas kosztowały 0,40 - 0,60 zł/szt).
Mama i ja, wysłaliśmy do Rybna, wsi, która w KRESOWEJ OPOWIEŚCI nosi nazwę Rybaki, 400 maseczek. Po kilku tygodniach mieszkańcy tej wsi przysłali list, w którym podziękowali za maseczki i stwierdzili, że bardzo się im przydały. Na koniec tak napisali:
"Drodzy Polscy Przyjaciele. Aby była przyszłość, nie można zapominać o przeszłości i Wy nam w tym pomagacie".
Dla mnie, biorąc pod uwagę historyczne polsko-ukraińskie relacje, to były jedne z najbardziej odpowiedzialnych słów, jakie od Ukraińców można było usłyszeć.
Jak mają się do nich butne wypowiedzi i podobne czyny dzisiejszych (2017) włodarzy Ukrainy?
 
09 Douăzeci și cinci
Przed wojną, ale i w czasie jej trwania, z rumuńskiej Bukowiny na polskie Pokucie masowo przemycano towary. Szczególnym wzięciem cieszyły się orzechy włoskie, które podobno trafiały nawet do zakładów Wedla. Przemytnicy, Polacy i Ukraińcy, mieli specjalną uprząż, do której były przymocowane dwa worki, a do każdego z nich wchodziło ok. 20 kg orzechów.
Straż graniczna obu krajów miała pełne ręce roboty. O ile Polacy, po zatrzymaniu przemytnika, zwykle kierowali sprawę do sądu, o tyle Rumuni, bez sądu stosowali karę chłosty. Normą było 25 (douăzeci și cinci) batów, które przemytnik musiał odliczać po rumuńsku. Jeśli się pomylił, to chłostę zaczynano od nowa.
Dopiero teraz uświadomiłem sobie, dlaczego moja Mama do dzisiaj potrafi po rumuńsku policzyć do 10! Nie przemycała orzechów, to pewne, chociażby dlatego, że w 1939 miała tylko 10 lat, ale mieszkała we wsi, która na długości ponad 5 km przylegała do granicznego Czeremoszu. Czyżby liczenia po rumuńsku uczono tam wcześniej niż Ojcze Nasz?
Dzisiaj Czeremosz nie jest już rzeką graniczną, a północna Bukowina, w tym Czerniowce, należy do Ukrainy.
Na zdjęciu bukowińska cerkiew w dolinie rzeki Putiły
 
10 Czeremosze, Czeremosze
Czeremosze, Czeremosze – czysta twoja woda
Diwczynońko z Werchowyny, jakaż twoja wroda
albo
Tam szum Prutu, Czeremoszu Hucułom przygrywa
A ochocza kołomyjka do tańca porywa
 
I tak można śpiewać i tak. Na tę samą melodię, wspólną dla Polaków i Ukraińców, jak wiele innych spraw, które zanim podzieliły, potrafiły wspaniale łączyć wiele kultur Pokucia. Dzisiaj pozostały tylko wspomnienia po świecie Polaków, Ukraińców, Żydów, Ormian i mniej licznych przedstawicieli innych nacji. Nie zmieniły się tylko szum Prutu i Czeremoszu.
Latem, w czasie suszy, obie rzeki płyną bezgłośnie tocząc wody w meandrycznym nieporządku pomiędzy piaszczystymi i kamienistymi wysepkami. Nie mają stałego koryta – ono zmienia się po każdej powodzi. Wtedy już nie są to grzeczne, nikomu nie robiące krzywdy, rzeki. Są groźne, nawet bardzo, a litości nie mają dla nikogo. Niszczą domy, porywają kładki i mosty. Tak było w 2008 roku, kiedy została zniszczona długa kładka łącząca Kuty i Wyżnicę. Do dzisiaj jej nie odbudowano. Kładki, to temat sam w sobie interesujący. Są małe i duże, wiszące i wsparte na kamieniach. Ułatwiają komunikację w terenie, gdzie najpewniejszym środkiem lokomocji są własne lub końskie nogi.
Zapraszam do mini galerii huculskich rzecznych przepraw.
 
11 Ukraińskie drogi
Ukraińskie drogi cieszą się kiepską reputacją. Te główne można bez większego ryzyka uszkodzenia samochodu przejechać, chociaż niespodzianki i na nich bywają. Przekonaliśmy się o tym w 2011 roku.
Po poświęceniu pomnika w Rybnie wracaliśmy trasą Kołomyja – Stanisławów – Lwów. Droga szeroka, stosunkowo mało zniszczona, więc rozpędziliśmy się do 90 km/h. By być w zgodzie z faktami muszę napisać, że Ukraińcy z taką, i większą, prędkością jeżdżą niezależnie od stanu drogi. No więc mamy na liczniku wspomnianą prędkość i nagle wjeżdżamy w dziurowisko. Tak, na własny użytek, nazwałem fragment drogi dziurawy na całej szerokości i na długości 10-30 metrów. Żadnych znaków ostrzegawczych, żadnej możliwości ominięcia dziur. Nie wiadomo, czy hamować, czy przyspieszać, czy modlić się do świętego Antoniego z Padwy?
Koszt naprawy, czy nawet wymiany, nawierzchni drogi na długości kilkudziesięciu metrów nie wydaje się być zbyt duży, a jednak nasi wschodni sąsiedzi tego nie robią. Nie wiem, dlaczego?
Po szczęśliwym przejechaniu dziurowiska droga znowu zachęca do szybszej jazdy. Kilkanaście kilometrów w miarę dobrej drogi skutecznie usypia czujność, aż do kolejnego dziurowiska.
Innego rodzaju problemy pojawiają się na drogach niższej kategorii. Na Huculszczyźnie są to często drogi szutrowe, które, po ulewach, zamieniają się w trakty trudne do przejechania. Bywało, że wysiadaliśmy z busa, a kierowca musiał wykazać się najwyższymi umiejętnościami, by sforsować coś, co wcześniej było drogą.
 
12 Z Wami do 1944
Lata 30. XX wieku
Rybno, wieś nad Czeremoszem na Pokuciu, południowo-wschodnie kresy II Rzeczpospolitej. Wśród ok. 1500 mieszkańców Polaków jest może stu, a może mniej. Mieszkają blisko siebie w części wsi, którą Ukraińcy nazywają Warszawą. Polacy modlą się w kościele w Kutach albo w miejscowej, greckokatolickiej cerkwi, ale w czerwcu 1934 roku następuje konsekracja budowanego przez kilka lat katolickiego kościoła - jest drewniany i nieduży.

10 listopada 1944 roku
Dwie sotnie UPA pacyfikują wieś. W okrutny, sobie właściwy, sposób zabijają 23 Polaków i podpalają kościół. W krótkim czasie spłonie doszczętnie.

Grudzień 2004
Po naszej pierwszej wycieczce na Ukrainę, od mieszkańców Rybna, w którym nie mieszka już ani jeden Polak, otrzymujemy życzenia i propozycję, aby w miejscu spalonego kościoła postawić pomnik albo kapliczkę.
Pomnik stanie pięć lat później. W roku 2011 pomodlimy się przy nim wraz z Ukraińcami, a greckokatolicki ksiądz dokona jego poświęcenia.
Niżej tekst mojego przemówienia, które po ukraińsku wygłosiłem podczas tej uroczystości.
 

Szanowny Panie Burmistrzu
Szanowny Księże
Szanowna Pani Dyrektor
Drodzy Mieszkańcy Rybna
 
Z prawdziwym wzruszeniem stoję w tym właśnie miejscu. Jeszcze jesienią 1944 roku był tutaj kościół, w którym modlili się Polacy.
Ze swojego dzieciństwa pamiętam opowieści mojej babci i mamy, które w Rybnie mieszkały. Mówiły one o polskich i ukraińskich sąsiadach, o wspólnej pracy i zabawie, o pięknym i groźnym Czeremoszu. W tych opowiadaniach Rybno było spokojną wsią, w której mieszkali życzliwi ludzie.

Drodzy mieszkańcy Rybna.
Historia Waszego i mojego narodu jest bardzo skomplikowana i tragiczna. Kiedy próbujemy o tym rozmawiać, prawie od razu pojawia się mur uprzedzeń, który jest wynikiem obustronnie doznanych krzywd.
Stoimy tutaj na Waszej ziemi. Nie polskiej, ale Waszej. Tak, tutaj mieszkali Polacy, ale to nie Wy ich zaprosiliście. W 1349 roku przyszli sami. Osiedlili się na tych ziemiach, tutaj rodziły się ich dzieci. Ci, którzy się tutaj urodzili nie znali innej ojczyzny niż Wasza ziemia. Tak było z moją rodziną. Tak było z tymi Polakami, którzy są pochowani na pobliskim cmentarzu.
Prawie 600 lat trwał taki stan, ale w końcu Wy zapragnęliście żyć w wolnej ojczyźnie. Należy powiedzieć, że mieliście do tego pełne prawo. Wolności nikt nie daje jednak za darmo – podjęliście więc walkę. Nas podzieliły metody tej walki. Ci Polacy, którzy przeżyli, noszą w sercach głębokie rany, których nie potrafi wymazać czas. Dlatego w tym miejscu proszę, abyście ich zrozumieli, kiedy czasem wypowiadają słowa gorzkie i pełne żalu. Chcę też powiedzieć, że w moim kraju często można usłyszeć słowa podziękowania dla wielu Waszych ojców i dziadków, którzy w tym dramatycznym roku 1944 podali Polakom pomocną dłoń.

Czy historia naszych narodów może dzielić? Uważam, że nie. Powinna jednak skłaniać do refleksji, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Trzeba pamiętać o przeszłości i unikać podobnych błędów w przyszłości.

Drodzy Mieszkańcy Rybna.
Bardzo dziękuję za zgodę na upamiętnienie faktu, że kiedyś tutaj mieszkali Polacy. Doceniamy ten gest - jest to dar Waszego serca i my to wiemy. Niech ten pomnik trwa i mówi wszystkim, że w ludziach jest znacznie więcej dobra niż zła.
 
13 Wieczór autorski na Biskupinie
To było 5 grudnia 2013. Przyszło ok. 20 osób,  a dyskusja była ożywiona i momentami polemiczna. Jedna z pań, chyba w moim wieku i z wołyńskimi korzeniami, zarzuciła mi kilka rzeczy.

Po pierwsze to, że niemożliwe jest, aby Polacy na Kresach mieli wątpliwości, czy są u siebie i czy Ukraińcom nie dzieje się krzywda. Dylematy Edwarda, dziadka Michała, pani określiła mianem wydumanego problemu.
Nie miała racji, bo takie duchowe rozterki przeżywał mój dziadek Jan, który źle się czuł w ukraińskim żywiole, przy takich narodowościowych proporcjach na wsi, w której mieszkał: 92% Ukraińców, 7% Polaków i 1% Żydów. Chciał opuścić te ziemie, ale w tamtej rzeczywistości, biorąc pod uwagę to, że był bardzo schorowanym człowiekiem, nie było to możliwe.

Po drugie to, że nie opisałem oddziałów polskiej samoobrony i udziału w niej AK.
Nie opisałem, bo nad Czeremoszem tej samoobrony nie było, a o AK chyba nawet nie słyszano. Jaką samoobronę mogło zorganizować kilkudziesięciu Polaków, w zdecydowanej większości kobiet, osób starszych i dzieci? Pokucie, to jednak nie Wołyń, to prawdziwe kresy II RP.

Po trzecie to, że Michał z racji tej, że służył w istrebitielnych batalionach podległych NKWD, nie był patriotą.
Był! Powiedziałem, że złego słowa na jego temat nie pozwolę nikomu powiedzieć, bo jego odwaga uratowała wielu Polaków. Powiedziałem pani, że mówi tak, jak kierownik Wydziału ds. Kombatantów, do którego Michał udał się na początku lat 90. Pokazano mu drzwi i powiedziano, że jest wyjątkowo bezczelny, by za służbę w NKWD żądać uprawnień kombatanckich. Ani pan kierownik, ani pani ze spotkania nie zadali sobie trudu, by poznać szczegóły tej służby. Pani, to nawet nie chciała przyjąć do wiadomości, że w tamtej konkretnej sytuacji NKWD i Polacy byli po tej samej stronie barykady. Po drugiej była UPA realizująca doktrynę czystej etnicznie Ukrainy.

Po czwarte to, że wydumałem sytuację, w której podczas spowiedzi ksiądz dzieli się swoimi wątpliwościami egzystencjalnej natury.
Odpowiedziałem, że księża są różni i przytoczyłem historię, której doświadczyła moja Babcia w Kutach w 1945 roku.
Po spaleniu Rybna, 10 listopada 1944 roku, przez dwie sotnie UPA, które zamordowały wtedy 23 Polaków, Mamie i Babci udało się uciec do Kut. Przygarnęło je bezdzietne polsko-ukraińskie małżeństwo i pozwoliło zostać do 6 stycznia 1946, tj. do dnia wyjazdu na Ziemie Zachodnie. Ponieważ wszystkie dokumenty rodzinne spłonęły, Babcia poszła do księdza Smala po metrykę mojej Mamy.
– A czym mi zapłacisz, skoro wszystko się tobie spaliło? – usłyszała. – Chyba, że narąbiesz mi drzewa.
Babcia odpowiedziała, że bez łaski, że pójdzie do Rosjan i oni jej dokument wydadzą. Wyszła, trzaskając drzwiami plebanii.
Kilka dni później ktoś tę metrykę jej jednak przyniósł. Zapytałem, czy tak postępuje prawdziwy kapłan wobec swoich wiernych dziesiątkowanych przez UPA?
– No przecież takiego, to tylko lać po mordzie – nie wytrzymałem.
W powieści przytaczam szczególną spowiedź, kiedy Julia prosiła o nią księdza po godzinach jego pracy. W kościele byli tylko we dwoje, co dawało im możliwość swobodnej rozmowy. Powiedziałem, że ksiądz, jak każdy człowiek, także może przechodzić kryzys wiary (i przechodzi, bo liczba księży zrzucających sutannę jest duża, a tendencja wzrostowa) i że na pewno są takie chwile, kiedy musi o tym komuś powiedzieć, by zrzucić ciężar ze swojego sumienia. Zostałem zapytany, czy muszę o tym pisać? Odpowiedziałem pytaniem, a dlaczego mi nie wolno? Pani też odpowiedziała pytaniem, czy może się jej to nie podobać? Odpowiedziałem, że oczywiście. Ciekawie było.
 
Sposób, w jaki Babcia Ludwika została potraktowana przez księdza Smala na kuckiej plebanii opisałem kilka lat temu na facebook'u. Dotarł on do parafian księdza no i się zaczęło! Murem stanęli w jego obronie zarzucając mi kłamstwo. Poręczyli za niego, a przecież nikogo z nich wtedy na plebanii nie było.
 
Babcia Ludwika zmarła w 1984 roku. Po zdarzeniu z księdzem Smalem, Jej kontakt  z Kościołem stał się luźniejszy. Kiedy choroba przykuła Ją w ostatnich tygodniach życia do łóżka prosiła, aby na Jej pogrzebie nie było księdza, a żegnała ją cygańska kapela. Mam nadzieję, że gdzieś tam, w zupełnie innym czasoprzestrzennym wymiarze, nie dotarło do Niej, że Jej wola nie została spełniona.
 
Babcia Ludwika - zdjęcie wykonane ok. 1920 roku
 
14 Czerwona ruta
Był rok 1972. Z grupą studentów Politechniki Wrocławskiej odbywałem praktykę wakacyjną w Kijowie. Na miejscu mieliśmy ‘opiekunów’, którymi byli studenci z Kijowskiej Politechniki. Apostrofy zastosowałem nie bez powodu. Z 'opiekunami' braliśmy udział w różnych wycieczkach, imprezach kulturalnych i dyskusjach. Czasem nasze rozmowy zbaczały z jedynie słusznego nurtu i wtedy następnego dnia byliśmy upominani i ostrzegani przez naszych wychowawców, aby uważać na to, co się mówi. Stąd te apostrofy przy opiekunach.

W czasie jednej z wycieczek po Kijowie pokazano nam pomnik Chmielnickiego i powiedziano, że to ich bohater narodowy.
Dla nas to był szok, bo z naszego punktu widzenia, a mówi o tym historia i sienkiewiczowskie „Ogniem i mieczem”, było zupełnie odwrotnie. Nie bohater, ale zdrajca i wichrzyciel, który dążył do rozpadu Rzeczypospolitej.
Wtedy naszła mnie refleksja, że Polska od morza do morza, że okrągły milion kilometrów kwadratowych powierzchni, to jednak nie do końca czysta sprawa. Przecież nasza ekspansja na wschód nie owocowała przyłączaniem do Rzeczypospolitej etnicznie polskich ziem!

Wieczorami, z ukraińskimi studentami i z gitarą, śpiewaliśmy piosenki. Szczególnie utkwiła nam w pamięci „Czerwona ruta”. Ładna melodia, ładne słowa – przyjemnie się ją śpiewało.
W 2011 roku poszedłem do Honorowego Konsulatu Ukrainy we Wrocławiu z prośbą o przetłumaczenie i fonetyczny zapis tekstu przemówienia, które zamierzałem wygłosić podczas poświęcenia pomnika w Rybnie. Pomoc uzyskałem, a przy okazji dowiedziałem się, czym dla Ukraińców była latach 70. XX wieku „Czerwona ruta”. Tę wiedzę wykorzystałem w "Kresowej opowieści". To jej fragment:
 
„- Ładnie grasz na gitarze – przerwał ciszę, która nagle zapadła – no i ładnie śpiewasz.
- Skąd wiesz?
- Słyszałem. Pierwszego dnia, kiedy się poznaliśmy „Czerwonu rutu” śpiewałaś, czy jakoś tak.
- To ładna piosenka – wyrzuciła gałązkę. – Lubię ją śpiewać. Wiesz, o czym są jej słowa?
- O miłości?
- Tak. O prawdziwej miłości, ale nie tylko. To ukraiński underground lat siedemdziesiątych. Chcieliśmy żyć w wolnym kraju, a byliśmy zniewoleni przez Związek Radziecki. „Czerwona ruta” to piosenka podkreślająca naszą ukraińską tożsamość. Wszędzie cenzura i donosicielstwo, a tu nagle wychodzą na scenę młodzi ludzie w strojach narodowych i śpiewają o miłości. Pozornie do dziewczyny, ale zauważ, że określenia ty, ona, ciebie pasują też do ojczyzny”.

Z Wikipedii:
"Czerwona ruta" – piosenka napisana przez Wołodymyra Iwasiuka w 1968 roku, jedna z najbardziej popularnych piosenek ukraińskich. Autor napisał ją (zarówno słowa, jak i muzykę), będąc studentem Uniwersytetu w Czerniowcach, w wieku 19 lat.
"Czerwona ruta" jest powiązana z ukraińskim popularnym świętem, jakie nazywane jest w ukraińskiej kulturze Niczczu na Iwana Kupała, co tłumacząc na język polski będzie miało odnośnik "Nocy Świętojańskiej". Według opowiadań, dotychczas istnieje jedynie w Karpatach, ruta — żółty kwiat, który tylko na kilka minut, w nocy na [Iwana Kupała], staje się czerwonym. Dziewczyna, która tę rutę znajdzie i zerwie, będzie szczęśliwa w miłości.
 
15 Dlaczego pani wyjechała z Rybna?
Jest kwiecień 2007 roku.
Ukraińska młodzież z Rybna, z dyrektorką szkoły, jednym z nauczycieli, burmistrzem i Kolą przyjeżdżają do nas koleją. Są nieziemsko zmęczeni, a wcale tak być nie musiało.
 
Romanie Obrockiej udaje się załatwić obietnicę dofinansowania kosztów podróży przez jakąś pozarządową organizację. Warunek jest jednak taki, że przewoźnikiem musi być firma ukraińska. Bus, to wygodną forma transportu, ale ukraiński przewoźnik licytuje cenę 12 zł/km! Takiej oferty oczywiście przyjąć nie możemy pamiętając, że za wynajem polskiego busa na wyjazdy na Ukrainę my płaciliśmy 1,60 - 2,00 zł/km!
Nasi goście jadą więc pociągiem, z przesiadkami w Kołomyi i Lwowie.
Wcześniej jednak upokarzająca procedura uzyskania wiz w polskim konsulacie we Lwowie. Cztery dni czekania, kilkusetosobowa kolejka. Gdyby nie determinacja i spryt Koli, sprawa nie byłaby do załatwienia!

Kolę czeka jeszcze jedna próba. Już na granicy okazuje się, że każde z wyjeżdżających dzieci musi mieć notarialnie poświadczoną zgodę rodziców na wyjazd, a ukraińskie dzieci takiej zgody nie mają. To wymóg strony ukraińskiej, a jego spełnienie zajmuje Koli 16 godzin! Wycieczka przymusowo nocuje na granicznym peronie, a w końcu z dobowym opóźnieniem dociera do Obornik Śląskich.

Serdeczne powitanie, troskliwa opieka polskich rodzin, bogaty program kilkudniowego pobytu. Wizyta w obornickim Gimnazjum, w Urzędzie Gminy, zwiedzanie Wrocławia, wycieczka do ZOO, rejs statkiem po Odrze, wyprawa do Karpacza, wyjazd wyciągiem na Kopę i wędrówka na Śnieżkę. Dobra pogoda, więc wszystko bardzo udane. Na koniec wizyta w obornickim „Misiu” i mnóstwo słodkich upominków na powrotną drogę.

- Pani Heleno – na peronie wrocławskiego dworca burmistrz zadaje Mamie jedno z ostatnich pytań – dlaczego wyjechała pani z Rybna?
Mama przeżywa szok i nie odpowiada, bo jak można na takie pytanie odpowiedzieć?
 
Ta sytuacja nie daje mi spokoju i długo namawiam Mamę, że jednak trzeba odpowiedzieć, że burmistrz musi poznać prawdę. Piszę do Rybna list, który Mama podpisuje z duszą na ramieniu. 

„Drogi Panie Petro!
Prosił mnie Pan kilka razy, abym napisała jak żyło się dawniej w Rybnie. Kiedy odjeżdżaliście, na peronie dworca we Wrocławiu pytał mnie Pan, dlaczego wyjechałam z Rybna i dlaczego tak długo przed wyjazdem do Polski mieszkałam w Kutach? Myślę, że teraz już zna Pan odpowiedź na te pytania. Nie wiem jednak, czy Pan, Panie Petro, potrafi mnie rozumieć.
W czasie wojny, między naszymi ukraińskimi sąsiadami z Rybna i nami Polakami stanęli ludzie, którzy dla wielu z Was dzisiaj są bohaterami. Bardzo proszę, aby mnie Pan zrozumiał, kiedy powiem, że dla mnie bohaterami oni nie byli, nie są i nigdy nie będą.
Ja wiem, że oni walczyli o wolną Ukrainę i to doskonale zrozumiem, bo przecież Polacy o swoją Ojczyznę też walczyli wielokrotnie. Tragiczne było to, że Wasza walka była przeciwko Polsce - tak sprawiła nasza bardzo pogmatwana historia. Jednak prawdziwym dramatem było to, że za przeciwnika w tej walce ci źli ludzie wybrali nas - bezbronną ludność cywilną.
Może się Pan ze mną zgodzić lub nie, ale uważam, że ludzie, którzy palą kościoły nie zasługują na szacunek – nasz kościół w Rybnie został spalony właśnie przez nich.
Może się Pan ze mną zgodzić lub nie, ale uważam, że ludzie, którzy zabijają innych tylko dlatego, że nie należą do ich narodu, też nie są dobrymi ludźmi. W listopadzie 1944 w Rybnie ci źli ludzie zamordowali 23 Polaków, a wśród nich 5 starszych osób, które miały ponad 70 lat i 9 dzieci w wieku od 2 do 9 lat.
Drogi Panie Petro,
nie napiszę, w jaki sposób ci źli ludzie to zrobili, bo na pewno by mi Pan nie uwierzył. Czy dobrzy ludzie mogliby to zrobić? Czy my Polacy z Rybna bylibyśmy w stanie przeszkodzić w powstaniu samostijnej Ukrainy? My chcieliśmy tylko jednego – spokoju i po wojennych przeżyciach było nam wszystko jedno, czy w Rybnie będzie Polska czy Ukraina. Właśnie dlatego od listopada 1944 roku w Rybnie nie ma już Polaków.
A jednak dwa razy przyjechaliśmy do Was, a po tym, co napisałam może się Pan dziwić, że to zrobiliśmy. Nie ma jednak w tym niczego dziwnego, bo my jechaliśmy do dobrych ludzi, których i w Rybnie i w całej Ukrainie w tym tragicznym 1944 roku była zdecydowana większość. To dzięki tym dobrym ludziom ja żyję! Ta lampka zapalona na grobie Wasiuty Nargan na cmentarzu obok Waszej cerkwi była moim dla nich wszystkich podziękowaniem”.

Wasiuta Nargan – symbol odwagi i niezłamanego przez terror człowieczeństwa. W "Kresowej opowieści" jest nią Oksana Pawłyczko.

„Rano UPA wycofała się z miasteczka w pobliskie góry, zostawiając na dojazdowych drogach posterunki. Nikt z przebywających w Kutach, nie mógł opuścić tej miejscowości, a banderowcy odpoczywali, zbierając siły do kolejnej nocnej akcji.
Wiadomości o tym, co dzieje się w Kutach w jakiś sposób dotarły jednak do Rybak.
- Sąsiedzie, pomóżcie nam – prosił Michał Jakubowski. - Dziadek i babcia swoje przeżyli, ale Anka jeszcze młoda. Z Kut wyrwać ją trzeba!
Pawłyczko żachnął się, jednak po chwili podszedł do Michała i położył dłoń na jego ramieniu.
- Dobrze, że żony mojej, Jewdokii nie ma, to rozmawiać możem. Oksanę po Annę wysłać zamiaruję, bo ubranie nasze, ukraińskie ma, to i siostrę waszą w to ubierze, ale Boga o łaskę nam prosić trza. Dwoje dzieci my mieli – wytarł wilgotne oczy - a teraz ona jedna tylko została. Boskiej pomocy trza, by i jej nie ubili. Żona moja na to by nie przystała, ale nie ma jej, to od razu Oksanie iść każę.
Anna przebrała się w ukraińskie rzeczy, a swoje schowała w tobołku Oksany.
- Ty się nie odzywaj – Ukrainka udzielała ostatnich rad - oni poznają, że ty Polka. Ja będę rozmawiała.
Jeden z banderowskich posterunków jest przy drodze do Rybna.
- De wy buli ta kudy wy jdete? - pytanie jest ostre i stanowcze.
- My slużyly u Pol’akiw, ale jich ubyly, tomu wertajemo do domu - Oksana wytrzymuje spojrzenie młodego banderowca.
- A to co? – mężczyzna rozwiązuje tobołek i wyciąga zapaskę Anny.
- Polacy nam nie zapłacili, to wzięłyśmy trochę rzeczy.
- To idźcie, tylko szybko!”

 Wasiuta Nargan zmarła kilkanaście lat przed naszym pierwszym przyjazdem na Zachodnią Ukrainę (2004). Rok później poznajemy jej córkę i opowiadamy historię jej i mojej Mamy, której ona nie znała. Na grobie Wasiuty zapalamy znicz.

Cmentarz w Rybnie, w tle greckokatolicka cerkiew.
 
16 Pojednanie? Może za kilkaset lat!
List do naszego przyjaciela Petra został wysłany w 2007 roku.
Rok później byliśmy na Ukrainie i rozmawialiśmy z nim, ale o liście nie było mowy. Nie wiedzieliśmy, czy dotarł on do adresata, a jeśli tak, to jak został przyjęty.
Cztery lata później, w 2011 roku, znowu odwiedziliśmy Rybno. Z Petrem spotkaliśmy się w szkole, przy naszym wspólnym pomniku i w gospodzie, do której zostaliśmy zaproszeni. Byliśmy razem z nim na cmentarzu, gdzie tradycyjnie zapaliliśmy znicz na grobie Wasiuty Nargan i odwiedziliśmy rybeńską cerkiew.
Po tych wszystkich, jakby oficjalnych, spotkaniach Petro zaprosił nas do swojego domu. Nie spodziewaliśmy się tego, a że ukraińska gościnność jest nie mniejsza od polskiej, więc stół był pełen jadła i wódki nie brakowało. Były śpiewy i wspólne fotografie.
W trakcie spotkania gospodarz wyciągnął nasz list i jego tłumaczenie. Nie wiedzieliśmy do czego Petro zmierza i jak się potoczą dalsze losy naszego spotkania. Petro tymczasem poprosił o wyjaśnienie znaczenia kilku słów, z którymi nie mógł sobie poradzić tłumacz, a na koniec tak powiedział:
- Wy macie swój punkt widzenia na naszą wspólną historię, a my mamy swój. W 1944 roku Rybna nie spacyfikowały sotnie UPA, ale NKWD.

Na spotkaniach z Czytelnikami, czasem przy udzielaniu wywiadów, jestem pytany, czy i kiedy nastąpi polsko-ukraińskie pojednanie. Odpowiadam, że nie wiem, że być może nigdy i przytaczam powyższy przykład. Petro jest naszym przyjacielem, bez jego pomocy nie byłoby wymiany młodzieży i pomnika w miejscu spalonego przez UPA katolickiego kościoła. To osoba, która niejednokrotnie nieba nam przychylała. Jeśli taki człowiek nie potrafi obiektywnie zmierzyć się z historią własnego Narodu, to na prawdę nie wiem, czy polsko-ukraińskie pojednanie kiedykolwiek nastąpi.
 
17 Blaszany kogucik
To fragment wspomnień mojej Mamy, Heleny Łysiak. Ich pełny tekst został zamieszczony w "Wielkiej Księdze Obornik Śląskich – My Oborniczanie"

„Od kilku tygodni, każdego wieczora wraz z mamą opuszczamy nasz dom. Chodzimy do wujostwa Kulbickich, a następnie z nimi i ich dziewięcioletnią córką Krysią, pod osłoną wieczornych ciemności idziemy do obory Harasymiuka. Tam wśród krów i świń jest ciepło i bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej. Wydaje się nam, że tutaj banderowcy nie będą nas szukali.
Harasymiuk jest Ukraińcem. To bardzo dobry człowiek, który wie o tym, że każdą noc spędzamy w jego oborze. Boi się i bardzo prosi, aby w przypadku odnalezienia nas przez bandę nie mówić, że przebywamy tam za jego wiedzą. Zdaje sobie sprawę z tego, że wtedy on i jego rodzina zostaną zamordowani tak samo jak my. Nigdy jednak nocowania w swojej oborze nam nie zabrania.

Wujek Kulbicki jest kowalem, a w jego kuźni pracuje Ukrainiec mieszkający przy drodze na Tołokę. Wujek ma trzydzieści klika lat i powinien służyć w wojsku. Wiedział jednak ile i któremu radzieckiemu oficerowi należy zapłacić, aby uniknąć służby! Nie wszyscy, w tym mój brat Edzio, mieli takie możliwości. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że łatwiej było zachować życie przechodząc, jak mój brat, cały bojowy szlak od Lenino do Berlina, niż zostając w Rybnie.

Jest wczesny listopadowy wieczór 1944, pochmurny więc bardzo ciemny. Nie wiemy, że do Rybna i Kobak podchodzą dwie banderowskie sotnie. Nie wiemy, że w jednej z nich jest Kryczun mieszkający w Rybnie od lat i pełniący w UPA jakąś ważną funkcję. Wiemy natomiast, że kilka dni wcześniej, oddział pijanych Enkawudzistów palił w Rybnie domy ukraińskich rodzin sympatyzujących z UPA. Wtedy też Rosjanie zabili rodziców i dwoje dzieci Kryczuna.

Wchodzimy z mamą do domu wujka Kulbickiego, który właśnie kończy kolację. Za kilkanaście minut wszyscy pójdziemy do Harasymiukowej obory.
- Może otworzę okno, aby słyszeć strzały banderowców i w razie czego w porę się schować? – ciocia patrzy na nas pytająco. - Będzie trochę zimno, ale przecież bezpieczeństwo jest ważniejsze.
Wujek i mama kiwają głowami na znak zgody.
Ciocia otwiera pierwsze okienne skrzydło i wolno uchyla jedną z połówek drugiego.
Nagle w tym otwartym oknie pojawia się lufa karabinu, a my zamieramy z przerażenia.
- Ruki w wierch! - zza okna po rosyjsku pada krótka komenda.
Wujek bez słowa sprzeciwu podnosi ręce do góry.
- Na podłogę – znowu krótko i w tym samym języku!
- Mój ty Boże, to Rosjanie! - ciocia nie ma wątpliwości, że ktoś odkrył wujkowy z wojskiem przekręt. Wujek dał, komu trzeba i od wojska się wywinął.
- Chcą zabrać Władka do wojska – ciocia łapie mamę za rękę i szybko wychodzi do sieni.
- Idziemy do dziesiętniczki. Ona wytłumaczy Rosjanom, dlaczego Władek nie jest w wojsku.
 
Dziesiętniczką jest Maria Matusiak, żona Tośka Matusiaka, syna Ksawerego, którego dom sąsiaduje przez płot z wujkiem Kulbickim.
Pierwsza żona Ksawerego, zanim zmarła, urodziła mu dwóch synów: Mikołaja i Antoniego. Mikołaja Niemcy wywieźli na roboty do Rzeszy, a Tośka Rosjanie zabrali do wojska. Maria, z synem Stasiem, mieszkała u Ksawerego, który ożenił się ponownie. Druga żona urodziła mu czterech synów i córkę Jadwigę.
Przy drodze cerkiewnej mieszkał Michał Matusiak, który także był w wojsku. Michał zostawił w Rybnie żonę i czterech małych synów. Miejsce przy drodze cerkiewnej tuż obok zarośli nad Czeremoszem było straszne, więc dzisiaj matka z synami przyszła do Ksawerego. W jego domu jest aż czternaście osób.

Naprzeciw polskiego kościoła, przy drodze na Tołokę stoi dom Anny Matusiak, starszej kalekiej kobiety. Anna siedzi w kuchni i łuska kukurydzę, którą jutro jeden z sąsiadów obiecał zawieźć do młyna. W mieszkaniu jest też Hucułka pomagająca Annie w prowadzeniu domu i młoda Wasiuta Nargan, ta sama, która wyprowadziła mnie z Kut. Kobiety siedzą w milczeniu, jakby nie chciały zakłócać głuchej ciszy, która zaległa nad Rybnem.
Nagle do mieszkania wbiega Michajło Kryczun. W ręce trzyma nóż, a jego wzrok zatrzymuje się na Annie. Zna ją bardzo dobrze, bo przecież oboje mieszkają w Rybnie od lat.
Anna wie, że to ostatnie chwile jej życia, ale panicznie boi się śmierci od noża.
- Misiu! – pada przed Kryczunem na kolana - ja ciebie bardzo proszę, ty nie rżnij mnie, ty mnie zastrzel.
Kryczun wysłuchał jej prośby: wyjął pistolet, zastrzelił kobietę i pobiegł dalej na akcję.

Dom wujostwa Kulbickich ma dwoje drzwi. Jednymi wychodzi się na podwórze a drugimi na ganek. Z pokoju, w którym wujek leży już na podłodze wychodzę chwilę po mamie i cioci. Jestem w ciemnym korytarzu.
- Gdzie jesteś mamo - pytam szeptem.
- Tutaj - słyszę jej głos dochodzący od drzwi prowadzących na podwórze.
 
Wtedy, w tej ciemnej sieni otarłam się o Nią po raz pierwszy.
- Dobry wieczór – powiedziałam pokornie.
- Dobryj weczer – odpowiedziała po ukraińsku.
Szła w kierunku pokoju, ale nagle zatrzymała się i odwróciła. Ta chwila jej wahania wystarczyła, że mama, ciocia i ja zdążyłyśmy wyjść z sieni do ogrodu. W pokoju zostali wujek i Krysia.

Strzał z karabinu słyszymy będąc już w ogrodzie.
- Jezu! – ciocia zatrzymuje się.
Bierzemy ją za ręce i przyśpieszamy kroku. Chcemy jak najszybciej znaleźć się w domu Ksawerego i porozmawiać z dziesiętniczką. W ciemnościach wpadamy na drzewa, wydaje nam się, że ktoś nas goni, ktoś przebiega obok. Rzeczywistość miesza się z wytworami naszej przerażonej wyobraźni.

Nagle słyszymy krzyki przerażenia dochodzące z domu Ksawerego. Dopiero teraz dociera do nas, że to nie Rosjanie kazali wujkowi położyć się na podłodze, ale banderowcy! Dzisiaj po prostu przyszła kolej na Rybno!

Skręcamy w pole, po raz drugi unikając spotkania z bandą! Pukamy do domu Harasymiuka. Wychodzi przerażony i błaga abyśmy odeszły. Odchodzimy i ani trochę żalu do niego nie mamy.
Jesteśmy obok domu Ukraińca pracującego w wujkowej kuźni, pukamy. Wychodzi z żoną, ale kiedy nas poznaje, szybko zamyka drzwi. Znowu odchodzimy.

W Rybnie palą się prawie wszystkie polskie domy, a od nich zapalają się ukraińskie. Płoną zabudowania Harasymiuka i jego obora, która przez ostatnie tygodnie dawała nam schronienie. Słyszymy krzyki ludzi, ryki przerażonych, palonych żywcem krów, śmiertelne rżenie koni. Tak musi wyglądać prawdziwe piekło.
 
Za chwilę będziemy na Tołoce, której zarośla dadzą nam schronienie. Jest bardzo zimno, a przed nami ostatni ukraiński dom. Mama puka do drzwi i prosi o coś do ubrania. Życzliwa, może pięćdziesięcioletnia kobieta daje nam huculski kożuszek, który natychmiast zakładam.
- Idźcie i niech dobry Bóg was prowadzi – żegna nas Ukrainka.

Trzymając się za ręce, idziemy polami wzdłuż Czeremoszu w stronę Kut. Gdzieś po drodze dołącza się do nas Żyd Tuła, chociaż przez wiele tygodni myślałam, że zginął. Tuła jednak uciekł z getta w Rożnowie, a w Rybnie przechowywała go Rozalia Kirkorowicz.

Zimno coraz bardziej daje się nam we znaki, ciągle pada deszcz ze śniegiem. Nagle dobiegają nas jakieś odgłosy. Są blisko, gdzieś przed nami. Instynktownie skręcamy w bok i wpadamy w jakieś zagłębienie. Leżymy w błocie na mokrym śniegu.
- Matko Boska ratuj, Matko Boska ratuj! – Tuła płacze.
- Bądź cicho, bo nas znajdą! - staram się go uspokoić.
Tuż obok nas przechodzi grupa banderowców, a śmierć ociera się o nas po raz trzeci!

Leżymy w błocie, bojąc się poruszyć. Czas płynie wolno, a przenikliwe zimno staje się nie do zniesienia, bo deszcz ze śniegiem nie przestaje padać. Dopiero nad ranem, przemoczone i zmarznięte docieramy do Kut. Nie wiem, kiedy odłącza się od nas Tuła. Już nigdy się z nim nie spotkam”.
Piotr Matusiak. Zamordowany w Rybnie 10 listopada 1944 roku
 
Władysław Kulbicki i Maciej Matusiak. Zamordowani w Rybnie 10 listopada 1944 r.
 
Z prawej stoi Zofia - przyszła żona Władysława Kulbickiego
 
18 Idźcie i niech dobry Bóg was prowadzi
W rozdziale 17 Blaszany kogucik, jest opisana sytuacja, w której uciekającym przed pogromem UPA Mamie i Babci, Ukrainka mieszkająca przy drodze cerkiewnej daje kożuszek i błogosławi je na szczęśliwą drogę do Kut.
Kiedy Mama o tym opowiada, to zawsze wzruszenie odbiera Jej głos.
Tak było w przypadku wywiadów udzielonych Radiu Katowice oraz Gościowi Niedzielnemu. Tak było zawsze, kiedy tę scenę Mama sobie przypominała.
Podczas wyjazdów na Ukrainę zawsze pamiętaliśmy o tej kobiecie, chociaż nigdy nie mieliśmy czasu, aby spróbować ją odnaleźć. Ale w roku 2011 ...

To było następnego dnia po spotkaniu u Petra (rozdział 16 Pojednanie? Może za kilkaset lat!). Pojechaliśmy w to miejsce, gdzie zdaniem Mamy stał dom, w którym mieszkała kobieta od kożuszka.  Nie wierzyłem, że po prawie siedemdziesięciu latach Mama prawidłowo zlokalizowała tę chatę.
- To było tutaj – Mama pokazała pustą łąkę. – Tego domu już nie ma.
 
Nie ma, to nie ma. Już wsiadaliśmy do samochodów, kiedy z domu stojącego w pobliżu wyszedł mężczyzna w późno-średnim wieku. Po krótkiej rozmowie okazało się, że nazywa się Michajło Sawjuk i jest wnuczkiem Ukrainki od kożuszka. Jej dom został rozebrany, a on wybudował swój na działce obok. Jego dzielna babcia nazywała się Jewdokia Horodijczuk i umarła dość młodo. Pojechaliśmy na cmentarz, pomodliliśmy się i zapalili znicz na jej grobie.

Przy grobie Jewdokii Horodijczuk: Michajło Sawjuk, moja Mama i ja
 
19 Wiedeń i Pani Ewa Paprotna
7 listopada 2013 roku spotkałem się z Czytelnikami w Wiedniu. Spotkanie zorganizowała pani Jadwiga Hafner, przewodnicząca Klubu Inteligencji Polskiej w Austrii przy współpracy z Polsko-Austriackim Towarzystwem Kulturalnym TAKT.
To był nie tylko mój, ale nasz wieczór - bowiem swoje nowe piosenki promowała Ewa Paprotna. Spotkanie było bardzo sympatyczne, a kilka dni temu otrzymałem od Niej mail, który publikuję za Jej zgodą.

Panie Edwardzie,
pięć dni temu postanowiłam czytać Pana książki. Jak już wspomniałam, wcześniej nie mogłam, bo czytając bardzo cierpiałam. Nie mogłam się zebrać na odwagę, bo uciekam od cierpienia, za bardzo przeżywam, a później odchorowuję ten stan emocjonalny. Musiałam się przygotować do czytania MICHALA i JULII. Trwało to trochę, ale... dziś jestem przy końcówce!!! Zostało mi tylko kilkanaście kartek. Piszę tę wiadomość teraz, bo nie mogłam już czekać dłużej, chociaż chciałam dopiero napisać, jak skończę czytanie.

Panie Edwardzie,
nie mogłam się oderwać od czytania!!! Gdybym nie musiała spać, jeść i śpiewać, to przeczytałabym w ciągu jednej doby!!! Albo i szybciej. Bardzo byłoby mi miło, gdybym mogła Was odwiedzić wiosną. Chciałabym uścisnąć Pańską dłoń i podziękować za DZIEŁO, w które włożył Pan część swojego życia i uścisnąć dłoń Pańskiej Żony, za wsparcie i oparcie, jakim była dla Pana w trakcie powstawania DZIEŁA, a później tzw. walki, aby wydać, czyli dać światu wiedzę o tamtym czasie.
Czytając płakałam i cierpiałam. Przez tych kilka dni, nie mogłam odnaleźć się w moim realnym życiu. Jestem wrażliwą i uczuciową osobą, dlatego brzmi to trochę tak, jakbym "przesadzała", ale ja tylko wczuwam się w tę opowieść, bo jest oparta na faktach, a znam wiele tych faktów z opowieści moich dziadków.
Opowiedział Pan pięknie, bardzo obrazowo i tak, że każdy, naprawdę każdy, nie tylko kobiety, zastanowi się nad tym, co było i co jest teraz!!! Nie jestem mówcą ani krytykiem i nie potrafię wyrazić konkretnie i profesjonalnie recenzji książki, ale mówię to, co czuję - jestem wzruszona i pełna podziwu. Do szybkiego zobaczenia.
Pozdrawiam Pana i Małżonkę bardzo, bardzo serdecznie.
Wasza Ewa

I jak tu nie kochać Pani Ewy?
 
Krótki filmik ze spotkania w Wiedniu:
 
Celine Dion? Nie, to Pani Ewa Paprotna:
 
20 Euromajdan 2004, flagi UPA i Przemyśl
Dzisiaj, 19 lutego 2014, oglądałem w TVP Info rozmowę z Mironem Syczem, przewodniczącym Związku Ukraińców w Polsce. Wywiad dotyczył  aktualnej sytuacji na Ukrainie po próbie wyparcia przez Berkut demonstrantów z kijowskiego Euromajdanu.
Dziennikarze nawiązali do nacjonalistycznych bojówek walczących z Berkutem pod czerwono-czarnymi flagami UPA oraz wypowiedzi przywódcy Prawego Sektora, w której domagał się od Polski zwrotu Przemyśla. Miron Sycz zbagatelizował obie sprawy mówiąc, że pod takimi flagami walczyli kozacy, a wypowiedź o zwrocie Przemyśla, to rosyjska prowokacja. Tymczasem:
 

Zachodnią Ukrainę odwiedziłem w latach: 2004, 2005, 2008 i 2011. Trzy pierwsze wyjazdy miały miejsce pod koniec sierpnia, kiedy nasz wschodni sąsiad obchodzi święto uzyskania niepodległości (24 sierpnia). W 2005 i 2008 roku, już po Pomarańczowej Rewolucji, widziałem wiele czerwono-czarnych flag na budynkach administracji państwowej, placach i kurhanach. Warto wiedzieć, że na Ukrainie ulicom i placom nadaje się nazwy przywódców UPA, a ją samą honoruje się wystawiając pomniki i kurhany.

2. W sprawie Przemyśla:
To omówienie fragmentu " UCHWAŁY KRAJOWEGO PROWIDU ORGANIZACJI UKRAIŃSKICH NACJONALISTÓW podjętej 22.VI.1990”.

(...) W trzeciej części szeroko potraktowano działania w Polsce, a zwłaszcza na obszarze tak zwanej Ukrainy Zacurzońskiej, czyli terenów Zamojszczyzny, Bieszczadów, Beskidu Niskiego, ogólnie prawie całego województwa Podkarpackiego, które to ziemie OUN zawsze uważała za ukraińskie. Emigracyjni pogrobowcy OUN i UPA zalecają podsycanie nastrojów antyrosyjskich uważając, że dobre stosunki Polski i Rosji są dużym zagrożeniem dla niepodległości Ukrainy. Postulują ciągłe prowokowanie dyskusji o Katyniu, wywózkach na Sybir, NKWD i UB celem odwrócenia uwagi Polaków od UPA. Zalecają mówienie o akcji „Wisła” i doprowadzenie do przyznania się Polaków do jej zbrodniczego charakteru
i w konsekwencji do jej potępienia.

Należy zauważyć , że ten ostatni cel został osiągnięty. W 1990 roku z inspiracji senatorów o ukraińskim rodowodzie, nasz Senat podjął uchwałę potępiającą akcję „Wisła”.

21. Łup Polaka, łup!
Ledwie dwa dni po usunięciu Janukowycza ukraińskie ministerstwo finansów i bank centralny poinformowały, że Ukraina potrzebuje 35 mld dolarów pomocy makrofinansowej na lata 2014-2015. Władze w Kijowie zwróciły się do partnerów zagranicznych, szczególnie USA i Polski, o udzielenie kredytu w ciągu 1-2 tygodni.
Wybrali Polskę uważając, że kilka(naście) mld $, to dla nas nie problem. Ten stereotyp ‘bogatej’ Polski funkcjonuje na Ukrainie od dawna. Skoro bogata, to niech jej obywatele płacą Janosikowe. Łupią więc nas przy przekraczaniu granicy, kasuje milicja za wyimaginowane przewinienia i ogólnie każdy kto może wyrwać kasę, robi to bez skrupułów.

Był rok 2006. Po wielu staraniach rusza wreszcie społeczny projekt wymiany polskiej i ukraińskiej młodzieży „Łączy nas wspólna historia”. Najpierw nasze dzieci jadą na Ukrainę wynajętym 18 osobowym busem. Koszt wynajmu, to 2 zł/km. 900 km podróż, chociaż męcząca, odbywa się we w miarę komfortowych warunkach.
Rok później, z dalekiego i biednego Pokucia, ma przyjechać do nas ukraińska młodzież.
Pytamy ich, jak przyjadą? Odpowiadają, że mają do dyspozycji busy i kolej, tzn. busem pojadą z Rybna do Kut, tam przesiądą się na bus do Kołomyi, gdzie czeka ich kolejna przesiadka na pociąg do Lwowa, następna na pociąg do Przemyśla i już ostatnia na pociąg mknący wprost do Wrocławia. Doba w podróży z bagażami na tydzień pobytu i cztery przesiadki!

Bardzo chcieliśmy im pomóc i nawet udało się znaleźć pieniądze na transport w jakiejś pozarządowej organizacji, ale warunek był jeden - to musi być ukraiński przewoźnik. Nasi przyjaciele z Ukrainy oczywiście ich znaleźli, ale najtańsza oferta opiewała na ...  12 zł/km i również oczywiście nie mogła zostać przez nas przyjęta. Ukraińcy przyjechali więc do nas i odjechali tak, jak na wstępie zaplanowali.

Wspólne polsko-ukraińskie ognisko w Marcinowie k.Trzebnicy (2007)
Pożegnanie na Dworcu Głównym we Wrocławiu
 
22 Bandera? Zbrodniarz, nie bohater!
Dzisiaj (2014) portale internetowe podały taką wiadomość (cytuję za Wirtualną Polską):

"Rosyjskie MSZ opublikowało materiały na temat zbrodniczej działalności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Armii Powstańczej. Dokumenty odnoszą się do okresu II wojny światowej i wskazują na współpracę ukraińskich nacjonalistów z hitlerowcami. Publikacja jest odpowiedzią na niedawne słowa ukraińskiego ambasadora przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Według rosyjskiej telewizji państwowej Kanał 1 ukraiński dyplomata oświadczył, że "Związek Radziecki spotwarzył Stepana Banderę i jego współbojowników, przedstawiając ich jako zbrodniarzy, a nie jako prawdziwych patriotów i bojowników o niepodległość".

KRESOWA OPOWIEŚĆ jest beletrystyką, ale opartą na faktach przekazanych we wspomnieniach tych, którzy widzieli i przeżyli.
10 listopada 1944 roku, wieczorem, wieś Rybaki (w rzeczywistości Rybno) została spacyfikowana przez dwie sotnie UPA wzmocnione chłopami z okolicznych wsi. Spalono polskie zagrody, drewniany kościółek i zamordowano 23 Polaków w wieku od 2 do 70 lat. Powieściowa Anna (15 lat) i Helena (ok. 40 lat) uciekły tak jak stały do Kut, ale następnego dnia przyjechały furmanką po żywność i ubrania. Przyjechały i zobaczyły (to fragment MICHAŁA):

Kiedy wjeżdżały do Rybak wieś była wymarła. Pozamykane okna, drzwi i furtki, pusty gościniec. Dom Heleny Bojer był pierwszym we wsi i dziwnym zbiegiem okoliczności nie został spalony.
- Będę miała do czego wrócić - Helena ściągnęła lejce.

Weszły do kuchni i zamarły przerażone. Na podłodze leżało ciało młodej kobiety, całe pocięte nożami.
- Kto to ciociu? – Anna ścisnęła dłoń Heleny.
- Nie wiem, ale chodźmy stąd. Jedźmy najpierw do ciebie.

Minęły dopalający się kościół, spalony dom Anny Pastusiak, dymiące zgliszcza domu
i wozowni w zagrodzie Edwarda i Marii Jakubowskich.

Domu Pakoszów już nie było. Wokół murowanego komina leżała sterta nadpalonych belek i desek. Spalone były obora i stajnia, zachowała się jedynie drewutnia. Zwęglony pies leżał przywiązany łańcuchem do budy. W zgliszczach stajni leżały przywiązane do żłobów krowy. Przez uchylone drzwi drewutni Anna dostrzegła jakąś postać.
- Ciociu, tam ktoś jest – zawołała.
Po chwili wahania obie weszły do środka. Na stercie porąbanego drewna siedziała skulona dziewczyna..
- To chyba Jadzia? - Anna z trudem rozpoznała córkę Pakoszów. - Jadziu, to ja Ania, nie poznajesz mnie? Dziewczyna nie reagowała.
- Jadziu, co z tobą? - Helena próbowała ją podnieść. Nie dała rady i skinęła na Annę. Ujęta pod ręce dziewczyna poddała się bezwiednie. Dopiero teraz dostrzegły jej przeraźliwie bladą twarz i siwe włosy.
- Ciociu – szepnęła Anna. – Ona zawsze była ruda.
- Tam są - Jadwiga nieobecnym wzrokiem wodziła po spalonej zagrodzie i trzęsącą się ręką pokazywała dopalające się zgliszcza. - Wszystkich nożami zabili. Najpierw mamę i tatę, potem dzieci. Te większe nożami, ale małe nie. Boże, jak ciężko o tym mówić. Za nóżki je brali i huśtali, jakby bawić się chcieli - dwie duże łzy spływały po jej twarzy. – A potem główkami o ścianę trzaskali.
- Ewę i ciocię Wandzię cały czas trzymali za ręce. Musiały na to patrzeć. Boże, jak one prosiły, jak krzyczały – przetarła dłonią policzek.
- Ja schowałam się pod łóżkiem. Kiedy ktoś zaczął strzelać, to podpalili dom i wybiegli. Dopiero wtedy przyszłam tutaj.

Ukraińców warto wspierać w ich dążeniach do UE, ale o zbrodniach banderowców zapominać NIE WOLNO! Cyników takich, jak ambasador Ukrainy przy ONZ, należy bezwzględnie piętnować i uważnie przyglądać się poczynaniom nowego rządu Ukrainy, w którym kilku ministrów jest z nacjonalistycznej partii Swoboda.

23 Kierowco - pij!
Przed wyjazdami na Zachodnią Ukrainę wiedzieliśmy, że z tamtejszą milicją nie ma żartów w tym sensie, iż obcokrajowców łupi ona na każdym kroku, z każdego powodu i bez powodu. Doświadczyliśmy tego w Stryju (rozdział 03 Tak jeździliśmy po Ukrainie), kiedy wlepiono nam mandat za nie zatrzymanie się przy znaku STOP, którego nie było. Później myliliśmy ukraińskich stróżów prawa wkładając za przednią szybę białą plastikową tablicę z nazwą projektu „Łączy nas wspólna historia” i udając busa do przewozu osób. Była jednak też inna, zupełnie odmienna sytuacja z milicją w roli głównej.

Po dniu intensywnego zwiedzania odpoczywaliśmy w domu Koli. Nasz gospodarz, który nie posiada samochodu, musiał załatwić jakąś sprawę, do której samochód był potrzebny. Zapytał, czy może skorzystać z naszego busa, oczywiście z kierowcą. Zgodziliśmy się.
Po dwóch godzinach pan Darek, kierowca, w zauważalnie wskazującym stanie, głosem pełnym emocji tak opowiadał.

- Kiedy sprawa została załatwiona na stole pojawiła się wódka. Polewał milicjant i nalał ją też do mojego kieliszka. Podziękowałem. Powiedziałem, że jestem kierowcą i nie wolno mi pić. On jednak nie ustępował. 
- Wypiję, a ty mnie aresztujesz – odpowiedziałem. Prawie się obraził, a w dodatku poparł go Kola. No to co miałem zrobić?

Pan Darek był naszym kierowcą podczas wyjazdów na Zachodnią Ukrainę w 2004 i 2005 roku. Ciągle powtarza, że bardzo lubi z nami jeździć, a powód tego chyba jest oczywisty.

Od lewej: Pan Darek, Agata, Asia i Agnieszka
 
24 Tylko tyle po nich zostało ...
Dzisiaj, tj. 19 kwietnia 2014 r. przypada 71 rocznica wybuchu powstania w getcie warszawskim. Fakt ten przypomina nam, że do II wojny światowej Żydzi stanowili znaczny odsetek naszego społeczeństwa. Ok. 600 tys. z nich zamieszkiwało Kresy II RP. W wielu miasteczkach Pokucia, Polesia i Wołynia stanowili oni bez mała 50% populacji. Podobnie było w Kutach.

W 2011 roku byliśmy po raz czwarty na Zachodniej Ukrainie. Kola, nasz gospodarz, przewodnik i przyjaciel, pokazał nam cmentarz kuckich Żydów. To filmik z tego kolejnego, bardzo refleksyjnego spotkania z naszą kresową historią.
 
 
cdn
Strona zbudowana z Kopage
← Zbuduj swoją teraz